40 minut

 To ile pobyłam szczęśliwa? 40 minut. 


Nie wspominałam mu wczoraj, że dziś pracuje. Chciałam zobaczyć, czy zaproponuje mi wspólny wyjazd do pracy po powrocie. Po tylu dniach czekania na niego. I nie ukrywam, że miałam ogromną nadzieję na to. Że może faktycznie chciałby spędzić ze mną trochę więcej czasu niż kilkadziesiąt minut. Że chciałby posłuchać też moich opowieści na temat tego jak mi minęły te dni. I do końca wczorajszego dnia na to czekałam.


Nie zaproponował. 


Trudno. Nie chciał. Nie potrzebował. 


Ale od rana sprawiał wrażenie zainteresowanego. Pisał, dzwonił. Był. Naprawdę mogłabym powiedzieć, że czułam się bardzo fajnie z jego obecnością. Byłam od rana zadowolona, z dobrym humorem. I chciałam mu obiad przywieźć bo chyba szukałam pretekstu, aby móc się z nim zobaczyć. Na tego głupiego buziaka, który choć chwilowy, to tak cieszy. I naprawdę wierzyłam w to, że będzie chciał się spotkać. Bo kiedyś by chciał. Że czas nam na to pozwoli. 


I nic.


Siedzę tu teraz sama. Z rozczarowaniem jem loda na którego już straciłam ochotę. 


40 minut. 

Tyle musi mi wystarczyć po tygodniu jego nieobecności. 


Czy starczyło? Nie. I teraz muszę czekać kolejne dni, aż on zechce mnie zobaczyć. Aż znajdzie znów tą krótką chwilę. Bo na więcej przestałam liczyć. 


Głupie to, co? Być tylko wtedy, gdy ktoś tego chce. Na czyjeś zawołanie. I tylko dlatego, że ja sama chce być obok niego, to godzę się na to. Wyrozumiałość musi być po mojej stronie. Planowanie, proponowanie. 


A przecież wczoraj byłam taka fajna? 


•••


I wiesz, z dnia na dzień coraz więcej zauważam. Dziś doszłam do wniosku, że nie szanuję już zachowań, które wzbudzają we mnie nadzieję na coś. 

„A nie odpowiem, że nie chcę. Niech poczeka kilka godzin/dni w niepewności i dopiero się określę” 

Serio? Czy naprawdę są jeszcze osoby, których nakręca wzbudzanie nadziei w innych? Nie łatwiej powiedzieć „NIE” w momencie w którym już wiesz, że czegoś nie chcesz? Albo chociażby w ładne słowa ubrać tą odmowę? I to nie tak, że tylko on ma z tym problem. Już któraś osoba z rzędu wykazuje takie samo zachowanie. Akurat przyszło mi to dziś do głowy. Co z wami ludzie? Podoba wam się robienie złudnej nadziei?


O dziwo nie jestem smutna. Jestem rozczarowana. Zawiedziona, że jemu chyba faktycznie wystarczyło wczoraj to 40 minut. Że nie brakło mu mnie na tyle, aby chcieć mnie wziąć ze sobą czy zaplanować jakieś krótkie spotkanie. Że nie miałam szansy mu nic opowiedzieć o sobie. Że nie podjął próby wysłuchania mnie. Nie wykazał chęci na to. Może któregoś dnia w końcu zauważy, że nadal tu stoję, nie wykluczam tego. Minął dopiero jeden dzień od powrotu. Nie chce go skreślać, jego zachowań. Ale tak się dziś poczułam. Rozczarowana. Może wyolbrzymiam, jestem podzielona. Połowa mnie jest obojętna, a drugiej jest źle. Ale jedno wiem, samopoczucia nie oszukam. 



Oczywiście, że zajebiście doceniam wczorajszy dzień. Że udało się na tę krótką chwilę zobaczyć. Czuję wdzięczność za to, bo do końca dnia miałam uśmiech na twarzy. Zrobił mi dzień, byłam bardzo szczęśliwa, że doczekałam się jego powrotu. Zresztą, wczoraj o tym pisałam. 


Ale wciąż czuję, że zadowalam się minimum. Oszukuje siebie, próbuję wmówić sobie, że to było o wiele więcej. 

I mam wrażenie jakby wydzielał mi czas, który mi daje? Trochę trudno mi to ująć w słowa. Coś jak walka z nim o każdą minutę. 



I wzdycham z bezsilności, opadają mi ręce. Nie chce już walczyć o coś, co nigdy nie będzie moje. Ale z drugiej strony czemu mam rezygnować z czegoś co sprawia, że czuję się szczęśliwa? Nie chce zabierać sobie tego szczęścia, które przy nim odczuwam, bo przy nikim nie czuję się tak dobrze. Ale wiem, że za każdym razem to ja muszę się o to szczęście prosić. Ono nigdy nie przychodzi do mnie samo. Nie oferuje mi się. I to szczęście najprawdopodobniej jest jednostronne. Bo gdyby był przy mnie szczęśliwy to chyba również by chciał być obok, prawda? Chociaż na chwilę.




I najgorsze jest to, że nie mogę mu wprost powiedzieć o swoim samopoczuciu. Bo dla niego to nic wielkiego. Według niego to ja przesadzam, jak zwykle. Juz dobrze wiem co mogę usłyszeć. Spowoduje to głupią spine, której chcę uniknąć.

Tak, mówienie o swoich odczuciach zostanie odebrane jako atak. 

A ja po prostu chce się czuć chciana. 

Chciana przez kogoś, kogo ja chce.

A na tą chwilę, moja obecność wydaje mi się być całkiem obojętna.



I już nie liczę na to, że jutro mnie odwiedzi. Że w czwartek i w piątek zaproponuje mi wspólną jazdę. Że w weekend na biegu będę mogła mu kibicować. 


Naprawdę nie liczę? Czy już próbuje okłamać samą siebie? 




Pewnie podświadomie tylko na to czekam. Żeby mnie gdzieś zabrał. Żeby chciał spędzić ze mną te kilka godzin. Przegadać z nim cały dzień, wytulić się przez te wszystkie dni bez niego, odetchnąć i cieszyć się, że on też w tej chwili chce mojej obecności. I sam mi to proponuje.



A w mojej głowie znów tworzy się masa pytań.


Co mam zrobić by być w jego oczach atrakcyjna? 

By mnie zechciał?

I chciał spędzać ze mną czas? 


Czy naprawdę już sięgnęłam dna, bycia beznadziejną dla niego? 


Na co ja kurwa głupia czekam? 


Sama już nie wiem o co mi chodzi. Może ja już na siłę doszukuję się problemu?


Dobranoc. Lubię Cię.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

too much

Touch

3 stycznia