Nieplanowane rowery
Jest ranek. Już sama nie wiem jak się czuję.
Czuję złość, za każde złe zachowanie, za każde słowo, które raniło mnie gorzej niż cokolwiek wcześniej. Czuję rozczarowanie, zawód, że nie dotrzymał słowa. Obiecał, że mnie pierwszy nie zostawi. To ja miałam zdecydować kiedy odejść. Czuję niepokój, czy już nigdy więcej nie będę mogła z nim porozmawiać? Zobaczyć go? Boję się podjąć kroków dobrych dla mnie z obawy, że stracę go raz na zawsze.
Boję się go zablokować, zacząć kolejny dzień ze świadomością, że go nie ma, że rozeszliśmy się w kłótni. Ciągle chce wierzyć, że on mnie chce, że to tylko nadeszła ciemna chmura nad nami, którą w końcu wiatr rozwieje. Że to kryzys, niedogadanie, niedopowiedzenie, niezrozumienie. Jak w każdej przyjaźni.
Moje postrzeganie świata nie może zrozumieć jak z bratnich dusz może z czasem zrodzić się nienawiść wobec siebie. Bo patrząc mu w oczy nie widzę tego błysku, widzę pioruny trzaskające prosto we mnie. Oczy pełne złości, obrzydzenia, kiedy na niego patrzą oczy pełne smutku i nadziei.
A z drugiej strony czuję jak uodparniam się na to. Jak z każdym dniem chyba mniej boli, jak zaczynam rozumieć, że przecież nikogo nie zmuszę do zostania w moim życiu, do dbania o mnie. Staje się obojętna i zimna, nie chcę dłużej czekać, prosić się, poniżać. I czuję jak ta złość we mnie rośnie, i boję się, że pewnego dnia zamieni się w nienawiść. A ja go nie chce nienawidzić.
Granica jest cienka.
Jest godzina 17:00.
Już trochę siedzę na przystanku. I czekam. Głodna jego widoku, jego głosu, dotyku, czułości. I złoszczę się na siebie, że dopuszczam do tego spotkania. Na jego zawołanie. Jeszcze mogę się wycofać, ale czuję jakby serce zakotwiczyło w tym miejscu, gdzieś głęboko pod przystankiem. Z każdym nadjeżdżającym samochodem patrzę czy to nie on. Nie mogę się doczekać, ale jednocześnie obawiam się tej rozmowy. Tego co usłyszę, jakbym już teraz wiedziała, że do niczego dobrego to nie prowadzi. A z drugiej strony mam nadzieję, że się ściemni, a on się nie pojawi. Boję się spojrzeć mu w oczy, aby nie rzucić się w jego ramiona.
Nie widzieliśmy się już tydzień czasu. Z każdym dniem traciłam nadzieję i wierzyłam w to, że gdy urodzinowe kwiaty od niego zwiędną, mi również będzie łatwiej odejść. Nie podlewałam ich, a dziś róża wypuściła nowy kwiat. Kapselek na tymbarku brzmiał “To jest to!”.
Czy jestem naiwna? Bardzo. Nadzieja matką głupich. Ale może to trzyma mnie przy jakiejkolwiek sile i motywuje mnie każdego dnia. Że w końcu musi być dobrze. Po burzy nastaje tęcza, nadchodzi słońce.
Od dwóch dni nie płacze, przynajmniej nie tak jak przez pierwsze dni. Już tak nie boli to, o czym pisałam wczoraj. Jego słowa w mojej głowie stają się coraz cichsze, coraz rzadziej sprawdzam telefon w poszukiwaniu znaku od niego. Ale ciągle czekam. Na jakąś wiadomość, sygnał. Chociaż jednego nie mogę mu zarzucić. Śpię dobrze, a on wie dzięki czemu.
Dziękuję.
Rozmowy z ludźmi mi pomagają docenić siebie, zauważyć swoją wartość. Uczę się stawiać granice, których nikt nie ma prawa przekraczać. Przynajmniej tak sobie to tłumaczę. Chociaż żadna z tych osób nie byłaby dumna z tego, że przyjechałam na ten przystanek. Jadąc rowerem prawie 20km, w deszczu, myśląc tylko o nim, i mieszając kilka łez z kroplami z nieba.
I właśnie mija godzina czekania.
20:44
Wróciłam do domu. Przez dwie godziny miałam jakiś procent Mężczyzny z Grota Roweckiego. Śmiejącego się, chcącego mi coś nowego pokazać. Zabrał mnie w miejsca, których wcześniej nie widziałam. Dotknął, pocałował, rozmawiał. Nie olał, nie krzyczał, wysłuchał. I jakaś cząstka mnie wierzy, że nie robił tego pod przymusem. Po deszczu, który napotkałam w drodze tam, wracając mijałam piękny zachód słońca.
Czy już będzie wszystko dobrze?
Trochę sie czułam jakbym poznawała go na nowo. Nieśmiała, zakłopotana, ważyłam słowa, jakbym znała go tydzień, a to było nasze pierwsze spotkanie.
A może tak musimy zacząć?
Wybaczając sobie to całe zło i odpuszczając tą złośliwość co gdzieś głęboko w nas siedzi. Jak jedno przez drugie chce udowodnić swoją rację. Narzucić swoje zdanie, nie licząc się z drugą stroną. To nasze ego nas podzieliło. A może czasem wystarczy odpuścić, wyluzować i pozwolić sobie czerpać z życia radość, którą ktoś powoduje.
Nie naciskam, nie chcę. Jutrzejszy dzień jest ostatnim przed kolejnym sprawdzianem. I drugim dniem poznawania się na nowo.
Może jutro pokaże mi Panią Pho?
Dziękuję Ci za wspólne kilometry.
Komentarze
Prześlij komentarz