Obcy mąż

 Minął kolejny dzień, który był wyjątkowo świetny. Tylko… jedno mi siedzi w głowie. Przez ostatni czas byliśmy dla siebie okropni. Padały różne wyzwiska, musiałam się prosić o każdą minutę, o wyjazdy do pracy, nie wspominając o jakimkolwiek wyjściu poza nią. 


To wszystko powodowało we mnie smutek. Czułam się nieatrakcyjna. Jak odrzutek, który już dłużej nie jest mu potrzebny. Znudzona zabawka, rzucona w kąt. 


I nie chce nic zapeszać. Mówią, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Ale wczorajszy już minął, to chyba mogę? 


Zacznę od tego, że w trakcie wczorajszego dnia czułam się super. Rano pozałatwiałam swoje sprawy, później odwiedziliśmy plażę. Mogliśmy w spokoju poleżeć razem i przegadać trochę sytuacji. Cały wieczór spędziłam u jego boku w aucie, a na koniec wybraliśmy się na jedzenie, którego wtedy już totalnie się nie spodziewałam. Pełno śmiechu, dobrej zabawy, śpiewania piosenek. Zupełne przeciwieństwo tego przez co ostatnio przechodziliśmy. 


I znając jego z kilku ostatnich miesięcy, na koniec dnia byłam po prostu zaskoczona wszystkim. Pozytywnie zaskoczona. Bo tamten on, nie byłby tak dobry dla mnie.


Tylko dlaczego to we mnie teraz powoduje dyskomfort i strach? 


Mam wrażenie, że podświadomie boję się, aby „tamten on” nie wrócił. Bo teraz jest dobrze. Po prostu. Potrafimy się dogadać, czuję pełen luz, nie boję się mu o niczym powiedzieć. Możemy sobie spędzić trochę czasu razem, sprawiając sobie przyjemność, a uśmiech nie schodzi nam z buziek. Potrafimy żartować, nikt się na nikogo nie złości.


Ale na koniec dnia, gdy idę spać, łapie się na tym, że czuję dyskomfort. Bo przez ostatni czas byłam przyzwyczajona do czegoś innego. 


I bardzo chcę się pozbyć tego uczucia w sobie. Ono przychodzi nagle, jest chwilowe, ale bardzo nieprzyjemne i źle mi z tym, że odczuwam te obawy. Nie chcę o tym myśleć. Przypominają mi się wtedy wszystkie złe słowa, momenty w których się tak bardzo poniżałam, aby chociaż chwilę on był, smutek, łzy, złość, rozczarowanie. Nie chcę przeżywać znów tego rollercoastera. 


Łapie się na tym, że mimo tego, że wypracowaliśmy to teraz do dobrego poziomu, że jest między nami normalny kontakt, mogłabym śmiało powiedzieć, że jest prawie tak, jak na początku, to ja codziennie z tyłu głowy mam obawy, aby ten zły on nie wrócił. Bo nie wiem kiedy i czym go zdenerwuje. Uważam na słowa, uważam na czyny, dużo odpuściłam bo we mnie też było sporo błędów. Nie chce zawieść go niczym i nie chce wejść mu na głowę. Co chwilę cofam się, aby „nie czuł mnie na plecach” i to kosztuje mnie bardzo dużo wysiłku, ale staram się. 


Chcę być jego ucieczką od problemów, a nie problemem. I chcę, aby czuł, że do mnie zawsze może przyjść, a ja z otwartymi ramionami i uśmiechem go przyjmę. Że zawsze mu pomogę. Chcę, aby on sam chciał spędzać ze mną czas. Żeby przychodziło to naturalnie, niewymuszone. Żeby sam proponował. Bo jeśli będzie czuł się przy mnie komfortowo to chęci będą przychodziły same.


Mimo tego dziwnego samopoczucia, potrafię na koniec dnia cieszyć się w stu procentach z każdego dobrze spędzonego z nim dnia. 


Bo lubię go.


I wczorajszy dzień był jednym z najbardziej idealnych w ostatnim czasie. Może dlatego uderzył we mnie, aż taki dyskomfort przed pójściem spać. Bo jestem od tego odzwyczajona. 


Dziwne, co? Że dobre rzeczy sprawiają lęk przed powrotem tego zła, które się przeżyło. Ale muszę sama to przepracować. Odpuścić myśli o tym co było, nie myśleć o przeszłości i cieszyć się tym co jeszcze mogę dostać od tej relacji. Nie żyć przeszłością bo ucieka mi teraźniejszość. A chcąc nie chcąc, naszej relacji już bliżej do zakończenia niż dalej.


Bo trzeba zacząć szukać męża. Byle już nie obcego. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

too much

Touch

3 stycznia