Smutek
G…
Piszę to w ogromnym smutku. Nie jestem już zła, nie jestem złośliwa.
Dziś czuję jak znów boli mnie serduszko. I ja wiem, rozmawialiśmy o tym milion razy. Ale nie potrafię ukrywać tego co odczuwam w danej chwili i inaczej nie umiem tego uczucia nazwać. W głowie mam Jego. Przypominam sobie ten piękny uśmiech, słyszę w głowie Jego śmiech, którego tu nie ma i czekam na jakąś wiadomość. Jak zawodzę się, gdy nie widzę Jego imienia w powiadomieniach. Ale już nie złoszczę się na to.
Czuję jakby ktoś jedną ręką wyciskał moje serducho jak gąbkę, a drugą przytrzymywał mi na krtani, przez co tracę zdolność mowy. I próbuje wytłumaczyć mojemu sercu, że nie możemy już dłużej na Niego czekać. Że nadzieja na jego pozytywną zmianę już umarła. Że On już nigdy do nas nie wróci. Przynajmniej nie taki, jaki był dla nas kiedyś. Przecież dobrze o tym wiem. I mimo, że każdy dzień spędzam miło, w fajnym towarzystwie to nie potrafię nie pomyśleć o Nim.
I mija kolejny dzień.
Dlaczego nie pyta co robię? Jakie mam plany? Czy jak minął mi dzień? Jak się czuję? Czy aż tak bardzo go nie obchodzę?
Nie potrafię przestać nękać się myślami. Oglądam jego zdjęcia, na których tak ślicznie wygląda. Dlaczego nigdy nie ubiera się tak ładnie dla mnie? Ja zakładam dla niego sukienki, spódniczki, pończochy czy tą lepsza bieliznę. Chcę mu się podobać. Pamiętam, że lubi koronki, że zielony podkreśla mi oczy, że lubi opalone ciało. Zawsze pragnę by mnie komplementował. Chcę dawać z siebie wszystko, dbać o siebie, by był dumny z tego, jak ładną mnie ma. A on wie, że uwielbiam koszule. Białe i czarne. Nie flanelowe w kratę. Że uwielbiam go w polówce, którą ode mnie dostał. Że chciałabym zobaczyć go w koszulce z dekoltem w serek. W czerwonych, krótkich spodenkach, które przynoszą mi masę wspomnień. W strażackich, koszarowych spodniach, które uwielbiałam. I to są szczegóły, ale tak ogromnie ważne dla mnie. Bo widzę go tylko w dresach. W starych, rozciągniętych, często brudnych od pracy koszulkach i spodenkach. W dziurawych majtkach. I ignoruję to bo niby mi to nie przeszkadza, dalej uwielbiam jego osobę. Ale tak bardzo marzę o tym by chciał wyglądać dla mnie ładnie. By chciał mi się podobać. By postarał się być ładny. Dla mnie. Schludnie, czysto ubrany w to, w czym go uwielbiam. By sprawić mi radość.
Dlaczego tylko dla obcych ludzi się stara wyglądać dobrze?
I dla niej? Która ma go od lat głęboko gdzieś. Ja też chcę widzieć jego lepszą wersję. Móc nacieszyć oczy Nim w koszuli, albo w nowych spodniach, a nie pod dresami napotkać kolejną dziurę i udawać, że to takie urocze.
I po prostu smutno mi. Że muszę zadowolić się tym minimum. Że dla mnie nie stara się ładnie wyglądać i, że ani razu nie zapytał co u mnie, że wciąż to ja muszę czekać. I znów być wyrozumiała, chowając swoje potrzeby w kieszeń. A mój szacunek do samej siebie krzyczy, że nie mogę zgadzać się tylko na to minimum, które on mi od siebie daje.
Nic mu nie mówię bo wiem, że nakrzyczy na mnie.
I ciągle czekam, czy chociaż raz się mną zainteresuje?
Smutek. Zalewa mnie smutek.
Bo prawdopodobnie nawet tego nie czyta od kilku dni…
(5…)
Komentarze
Prześlij komentarz