here we go again
here we go again
Od ostatniego wpisu minęły 3 miesiące.
Ile się zmieniło?
Nic.
Prócz tego, że średnio raz na miesiąc przeżywam kłótnie zahaczająca o słowa „spierdalaj” bądź „wypierdalaj z mojego życia”… to nic.
No i prócz kłamstwa, którego od kilku dni nie potrafię wybaczyć… to nic. Nic się nie zmieniło.
Ostatnio czuję się jak zabawka, w której kończą się baterie. Która jeszcze coś tam podziała, ale w sumie to jest już coraz częściej odrzucana na bok. Nikt nie pamięta o tym, aby wymienić w niej te baterie, aby naładować ją od nowa.
Wiecie czym jest kobieca intuicja?
Mnie nigdy nie zawiodła. Tym razem również nie pomyliła się ani trochę. I tak jak przeżywam często overthinking, który odbiera mi stuprocentową radość z życia, tak również zawsze miałam dzięki temu rację. Tak potrafię połączyć kropki, wyhaczyć każde inne zachowanie, aż dojdę do prawdy. Niestety tej, która w 99% jest dla mnie krzywdząca.
I tak od dwóch dni czuję się cholernie niewystarczająca.
Wiesz, starasz się jak możesz, chcesz robić obiadki, pytasz o samopoczucie, dajesz z siebie wszystko, aby seks był ciągle jak najprzyjemniejszy, jesteś miła, przytulasz, dbasz, interesujesz się. Co jeszcze mam zrobić? Co jeszcze mam dawać od siebie, aby do cholery cała uwaga była skupiona na mnie? A nie na innych kobietach?
I ja wiem, nigdy nie był tylko mój. Zawsze musiałam go dzielić z kimś, od kogo go zabrałam, aby uzupełniać jego braki. Aby być tym przytuleniem, którego w domu nie dostanie, aby być tym wsparciem, śmiechem, seksem i dobrym kompanem.
Ale będąc tą drugą, zawsze chciałam być „jedyną” drugą. Brzmi absurdalnie, co?
Ale jak wpatrzonym w siebie trzeba być, aby nie doceniać tego co się ma? A miało się totalnie wszystko. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że u mnie miał dosłownie wszystko. Ze mną mógł robić wszystko, rozmawiać o wszystkim. Nie ma rzeczy, której bym mu odmówiła. Skaczemy na bungee? Ok. Jedziemy na koniec świata? Ok. Mam mu wyrywać włosy na tyłku pęsetą? Ok. Mam skoczyć w ogień? Robię to. Wejść na najwyższy szczyt z nim na plecach? Kurwa, zrobię. Wszystko zrobię. Ale nie. To wciąż jest niewystarczająco.
Czy mam szukać powodu w byciu „mniej ciekawą”? O co do cholery w tym chodzi? Każdy dzień opowiedziałabym mu ze szczegółami. Każdą rozmowę odbyta w ciągu dnia, moje plany na przyszłość, jaki kolor kupy dziś zrobiłam. Nauczyłabym się nowego języka, wymyśliła sztuczkę i ułożyła piosenkę, aby mu zaimponować. Co ciekawszego ona ma do powiedzenia?
W czym do kurwy nędzy ona i każda inna, której uwagę poświęca, jest lepsza ode mnie? Czemu poświęca im tyle samo bądź więcej uwagi jak mi?
W czym ja zawodzę?
Jest mi cholernie ciężko ze świadomością, że od dwóch tygodni codziennie jest skupiony na kimś innym. Że z kimś dzieli swoje plany, że komuś opowiada co robi, czy jak minął mu dzień. Że wysyła zdjęcia, że pyta, interesuje się. A jeszcze ciężej jest mi z myślą, że od początku to wszystko czułam, wiedziałam, wszystkie znaki na niebie krzyczały mi o tym, a on tak pięknie wszystkiego się wypierał.
I na co mi teraz tłumaczenia, że ona jest „grzeczna”? Że jest brzydka, nieinteresująca, gorsza, czy chuj wie co.
Skłamał raz, i każde te kolejne słowa traktuje jak kłamstwo.
Gdyby nie był zainteresowany, gdyby zależało mu na mnie bardziej niż na niej, gdyby było mu źle ze swoim kłamstwem… to by zaprzestał pisania. Liczą się czyny.
I nie dla mnie są wymówki, że tak nie wypada, że to koleżanka, że się poczuje źle.
A ja do cholery nie czuję się źle?
Czuję się tragicznie, czuję się jak najgorszy człowiek tego świata bo mimo tego jak cholernie zabolało mnie to kłamstwo, on nadal nie naprawia mojego samopoczucia, myśląc, że przejdzie samo.
A narazie widzę, że ważniejsza jest ona. I te cztery lata, które ja z sercem na dłoni trwałam obok, chcąc być najlepszą wersją siebie dla niego… są w tym momencie kompletnie zapomniane.
Pisanie z kimś dzień w dzień, trwające od kilkunastu dni, nie jest czymś normalnym. Jest to tworzenie jakiejś relacji. Poznawanie się, flirt, miłe słówka. To jest zdrada, emocjonalna, którą on popełnia, kolejny raz. I kolejny raz to wyczułam. Ale tym razem czuję się po prostu zdradzona, jako ta druga. Bo staje się jedną z kilku „drugich”. Nie interesuje mnie odległość, liczba dzieci czy jej mąż. Interesuje mnie to, że on dalej z chęcią traci na nią swój czas. Jak kilka razy zauważyłam, że ważniejsze było odpisanie jej, niż mi. Że nie pamiętam kiedy sam z siebie zainteresował się mną. Kiedy to czekam do 12:00, 15:00, aż się odezwie, bo tak wciąga go jego nowa koleżanka, że zapomina o mnie.
Nie wyobrażam sobie pisania z kimś tyle dni z rzędu, nie mając żadnych zamiarów wobec tej osoby. Dlatego właśnie nie potrafię zaakceptować tego faktu. Nigdy nie byłam w stanie „zdradzić” jego. A kłamstwo… zwykłe przepraszam też nie jest w stanie tego cofnąć. Dla mnie kłamstwo jest jedną z najgorszych rzeczy. Nie wiem czy kiedykolwiek tak perfidnie go okłamałam.
Ale jak on pięknie mówi mi o kwiatach, które miał kupić czy zerwać. A ja czekam już tyle dni. I słowa pozostają bez żadnego poparcia czynami.
I wiesz, gdybym popełniła jakiś błąd, spowodowałabym komuś przykrość, tym bardziej bliskiej mi osobie… to dawałabym z siebie wszystko, aby ten ktoś mi to wybaczył, aby chociaż trochę udobruchać tą drugą osobę.
A on? Mam wrażenie, że po prostu to olewa. Nie odpisuje, nawet dobranoc się dziś nie doczekałam. Zachowuje się tak, jakby to była moja wina. I nie, ja nie napiszę pierwsza. Nie powiem mu jakie mam plany czy jak minął mi dzień póki sam mnie o to nie zapyta. Bo jeśli potrafi to robić dla niej… droga wolna.
Nie mogę prosić o minimum, o to, aby dla mojego dobrego samopoczucia przestał z nią pisać. Nie mogę kazać mu wybierać między nami. Nie mogę. Jest dorosły i świadomy swoich czynów i wyborów. Wie co może stracić, a co zyskać. Chociaż w tym przypadku stracić może dosłownie wszystko co dobre, na poczet jebanej starej pizdy.
Bo jeśli by zależało mu na mnie, zrobiłby to sam. Gdyby chciał, abym czuła się dobrze, gdyby żałował, gdyby było mu głupio z kłamstwem… zrobiłby to sam. A ja odczułabym dopiero dzięki jego czynom, że jestem ważniejsza.
Słowa osoby, która tak łatwo kłamie już nigdy nie będą dla mnie ważne. A sam powtarzał nie raz, że liczą się czyny.
Nie potrafię przestać myśleć o tym jak beznadziejna według niego muszę być, że nie jest w stanie zrobić tak prostej rzeczy, abym przestała się martwić. Jak nudna muszę być, że musi wypisywać do innych. A każda wiadomość powoduje we mnie strach, że zamieni mnie na inną. Że ktoś stanie się lepszy, ciekawszy. Że ona będzie ładniejsza, chudsza, z lepszymi wdziękami, ładniejszym uśmiechem. Większymi oczami i pełniejszymi ustami. Że będzie jej pisał dzień dobry i dobranoc, że będzie robił jej kanapki, zabierał w ładne miejsca, zrywał słoneczniki, miział po włosach, śpiewał i wygłupiał się. Że to wszystko czego ja pragnę, da innej.
A mi na samą myśl pęka mi serce.
Ale póki ona jest, ja nie będę spokojna.
Póki nią się interesuje, ja odsuwam się w tył.
Chciałabym poczuć, zobaczyć, że to mną jest zainteresowany.
Że to ja jestem lepsza.
Chciałabym, aby ona zniknęła.
Chcę znów poczuć się wyjątkowa i jedyna.
I czekam… ale na czyny, nie chcę tych pustych słów.
Może nie będzie za późno.
Komentarze
Prześlij komentarz